Świat nie miał początku i nie będzie miał końca. Ruch jest wieczny, tak jak i czas, który go mierzy; pojęcie teraźniejszości zawiera pojęcie przeszłości i przyszłości.
Arystoteles.
poniższy tekst dedykuję Jasiowi N
Nowy początek ma dla mnie zapach grapefruita. Słodko – gorzki, ciekawy, intrygujący, egzotyczny.
Ma smak podróży. Dlatego lubię wyjechać na sylwestra. Z biletem i miejscówką głęboko wciśniętymi w kieszeń wyobrażam sobie, ze podążam w nieznane. Ku wyzwaniom innego, lepszego, bo nieznanego jeszcze czasu. Ku nowej sobie.
Potem odzywa się we mnie harda realistka. Wszystko wydaje mi się śmiesznym i cynicznym. Świętowanie upływu czasu jest jak dance macabre.
Ponadto, czasu upływa ciągle. 31 grudnia czy 1 stycznia nie wydarzyło się nic, co mogłoby zmienić świat. Czas liczymy, owszem, od narodzenia Chrystusa, co chociażby dla wierzących mogłoby mieć jakieś znaczenie. Jednak po pierwsze wszyscy wiemy, że data pomylona, bo Chrystus urodził się kilka lat wcześniej (czy też później, nigdy nie pamiętam), po drugie przyszedł On na świat, tak jak rodzi się przyroda – wiosną. A ten 1 styczni przyjął się tak po prostu – wtedy rzymscy politycy obejmowali urzędy. U nas wybory co 4, 5 lat i to zwykle na przełomie lata i jesieni. Cesarstwo dawno upadło.
Stąd byłam kiedyś miłośniczką trendu obchodzenia nowego roku wraz z wiosennym świętem przesilenia. Czułam się po trosze jak wikkanka znająca wielkie tajemnice przyrody, po trosze jak rodzona córa pradawnych przodków, a po trosze jak część odradzającej się natury. Paliłam kartki z solennymi postanowieniami na lepsze życie – lepszy cykl płodności Matki Ziemi.
Było to patetyczne, magiczne i szalone. Dało mi wiele wrażeń, których potrzebuje młoda nieopierzona buntowniczka.





