Erotyczne Opowiadanie na lato – Bia Sadowska dla PN – Czym latem zaskoczą Paradni?

Za Wikipedią: „Noc Kupały (zwana też nocą kupalną, kupalnocką, kupałą) – słowiańskie święto związane z letnim przesileniem Słońca, obchodzone w czasie najkrótszej nocy w roku, co przypada około 21-22 czerwca. W krajach anglosaskich pod nazwą Midsummer, w germańskich Mittsommerfest. Kościół katolicki, nie mogąc wykorzenić corocznych obchodów pogańskiej Sobótki z wywodzącej się z wierzeń słowiańskich obyczajowości, podjął próbę zasymilowania święta z obrzędowością chrześcijańską (stąd późniejsza wigilia św. Jana – potocznie zwana też nocą świętojańską, posiadająca wówczas wiele zapożyczeń ze święta wcześniejszego – obchodzona w nocy z 23 na 24 czerwca”  Nasza noc Kupały jest…. erotyczna! – „W połowie drogi” kolejna część! 

W połowie drogi
Opowiadanie erotyczne specjalnie dla czytelniczek PuellaNova cz. IV!
Część III opowiadania Bii Sadowskiej przeczytasz tu: http://puellanova.pl/w-polowie-drogi-opowiadanie-erotyczne-specjalnie-dla-czytelniczek-puellanova-cz-iii/

IV
Codzienne, przedśniadaniowe dyskusje z Amelią, stały się wyjazdowym rytuałem. Opowiadałyśmy sobie o naszych życiach i związkach, dzieliłyśmy się przemyśleniami, a potem –  na resztę dnia pochłaniały nas tantryczne warsztaty.

Mąż Amelii Eryk nie odstępował jej na krok i kiedy patrzyłam tak na nich razem, powoli docierało do mnie, że Nataniel chciał dobrze. Oddaliliśmy się od siebie. Seks stał się mechaniczny, zgubiliśmy swoją intymność, a może tak naprawdę nigdy wcześniej jej nie dzieliliśmy, tylko nam się wydawało, że to robimy. Teraz, na tych warsztatach okazywało się, że mogliśmy być ze sobą o wiele bliżej. Częściej się dotykać, rozmawiać o emocjach. Zamienić seks na seksualność. Początkowo byłam zła na Paradnego, podobnie jak Amelia, na swojego męża, bo obydwaj wywieźli nas na Wolin w ramach nie do końca trafionej niespodzianki, ale po kilku dniach i kilku rozmowach z towarzyszką niedoli mój nastrój zaczął się poprawiać.

– Jak wy się właściwie poznaliście? – spytała Amelia, zanurzając bose stopy w skąpanej w porannej rosie trawie.

Och, pamiętałam to doskonale. Każdy szczegół naszego pierwszego spotkania. Uśmiechnęłam się do Amelii i zaczęłam opowieść.

Równo trzy lata temu moja przyjaciółka Nadia oznajmiła mi, że ma dość mojego życia olsztyńskiej, cnotliwej pensjonarki, która funkcjonuje od zlecenia do zlecenia, bez śladu mężczyzny między nimi i zabiera mnie na imprezę do kolegi-kolegi. Impreza taneczna, tematyczna – przełom lat 80 i 90 w soulu i R’n’B. A że lubiłam tańczyć i lubiłam te klimaty, zbytnio nie protestowałam, kiedy Nadia zabrała mnie na zakupy w celu upolowania idealnej sukienki.

– Masz wyglądać jak Whitney Houston w I wanna dance with somebody! Tylko z lepszymi włosami! – oznajmiła i wybrała mi, czarną, wydekoltowaną na plecach sukienkę mini. Nie do końca był to mój styl, ale wyjątkowo nie miałam siły z nią dyskutować.

Kiedy przybyłyśmy na Grunwaldzką, w apartamencie naszego gospodarza było już całkiem tłoczno. Tak tłoczno, że miałyśmy problem, żeby odnaleźć kumpli Nadii. Gdy w końcu się to udało, przystanęłyśmy w salonie i kołysząc się w rytm piosenek Bobby’ego Browna, sącząc białe wino, sprawdzałyśmy towarzystwo.

– Paulina… Masz adoratora… – oznajmiła, wskazując skinieniem głowy na przyglądającego mi się mężczyznę.
Zerknęłam w jego stronę. Uśmiechnął się promiennie i wzniósł kieliszek. Powtórzyłam za nim gest. Odwróciłam się na moment do Nadii, by poinformować ją, że skończyło nam się wino, a gdy znów spojrzałam w jego kierunku – nieznajomy zniknął. Nadia zabrała mój kieliszek i wybrała się na poszukiwania płynów, ale ją wcięło.

– Musiałem ogarnąć bałagan w kuchni. – usłyszałam za plecami miękki baryton. Odwróciłam się, to mój zaginiony nieznajomy z troską wręczał mi pełny kieliszek. – Nataniel. – dodał, wyciągając dłoń.
– Paulina. – odpowiedziałam.
Wymieniliśmy kilka zdań. Kim jesteśmy, skąd jesteśmy i co tu właściwie robimy. Okazało się, że jest gospodarzem tej imprezy i to jego parapetówka na kawalerskim, świeżo odebranym apartamencie, który jednak miałby nadzieję, jak najszybciej uczynić gniazdkiem dla nowożeńców, ale nie ma z kim. Roześmiałam się. Głównie po to, żeby ukryć moje zażenowanie, tym jak bardzo otwarcie mnie podrywa. W głośnikach zabrzmiała pierwsza ballada tej nocy.

– Zatańczymy? – spytał.

Kiwnęłam głową. Przycisnął mnie mocno do siebie. Piersi do piersi, uda do ud, wciśnięci w siebie, jakby to nie był nasz pierwszy taniec. Spleceni, wtuleni. Gdy skończyła się piosenka, zamarłam w jego ramionach. Spojrzał mi w oczy. Czas zwolnił i każdą mijającą sekundę czułam, jak uderzenie serca w mojej krwi.

– Paradny, tu jesteś! – kumpel poklepał go po ramieniu, całkowicie psując atmosferę chwili.
– Paradny? – spytałam.
– To moja ksywa i nazwisko. Nataniel Paradny. Imię kiepskie, za to nazwisko szczęśliwie odświętne.
– Paradny, pijemy!
– Daniel, jestem zajęty. Zaraz was znajdziemy. – Nataniel grzecznie, aczkolwiek stanowczo odesłał kumpla – Na czym skończyliśmy?

 

W sieci miłości, opowiadanie erotyczne

fot.Michał Pawłowicz

Jezu Chryste! Dlaczego mnie o to pytasz? Chcesz, żebym się na ciebie rzuciła? Tu, przy ludziach, na środku parkietu?! Przecież ja ciebie nawet nie znam!
– Natan, pozwól na chwilę! – nagle dobiegł nas, ratujący mnie kobiecy głos.
Paradny zirytowany przewrócił oczami.

– Och, beze mnie wszystko się wali… Zaraz wracam. Nie uciekaj mi.

Nie uciekłam, ale Nadia mnie upolowała i znów zaczęłyśmy tańczyć. Po kolejnych dwóch kieliszkach wina i kilku szalonych kawałkach tanecznych wyszłam przewietrzyć się na balkon. Świerszcze cykały jak opętane, Księżyc zbliżał się do pełni.

– Gorąco? – na dźwięk znajomego barytonu otworzyłam oczy.
– Uhm… – potwierdziłam.
– I uciekłaś… – dodał, podchodząc do mnie bliżej.

Odgarnął moje włosy z karku i przyłożył do nich zimny kieliszek. Zamruczałam. Ze swojej szklanki wyjął kostkę lodu i zaczął wodzić ją po moich obojczykach i ramionach. Zamknęłam oczy i poddawałam się jego pieszczotom. Nagle i nieoczekiwanie roztapiająca się kostka wymsknęła mu się z palców i prześlizgnęła się między moimi piersiami, po brzuchu i dalej w dół i roztrzaskała się o podłogę, wcześniej minąwszy mój wzgórek łonowy, zahaczając nabrzmiałą łechtaczkę. Co to był za kretyński pomysł Nadii, żebyśmy na tę imprezę poszły bez majtek?!

– Och! – jęknęłam zaskoczona, zupełnie nie spodziewając się sensacji, którą wywoła spotkanie kostki lodu z moją, rozbudzoną bliskością Natana, płcią. Skuliłam się w jego ramionach.
– W porządku? – spytał – Przepraszam, wyślizgnęła mi się. Niespecjalnie. Przepraszam… – zamruczał, przesuwając ustami po moim karku.

Wino szumiało mi w głowie, było mi tak straszliwie mokro i do tego ta jego erekcja na moich pośladkach. Pewnie myślał, że jej nie czuję… Otóż czułam. Wiedziałam, że mnie chce i ja też go chciałam. Oczywiście, że go chciałam! Jego usta na mojej skórze, jego ciepło, jego zapach. Powinnam szybko opuścić ten balkon, bo to się zaraz skończy zdecydowanie głębiej niż planowałam. Potrzebowałam usiąść, odetchnąć. Przez chwilę pobyć z dala od niego. Wytrzeźwieć.

– Zobaczę, co u Nadii… – stwierdziłam, delikatnie wysupłując się z jego ramion.
– Dobrze… – mruknął, przesuwając brodą po mojej szyi – Twoje wino.
– Nie chcę już więcej wina. Potrzebuję wody…

Rzuciłam się na kanapę, obok mojej odpoczywającej przyjaciółki.

– No jesteś wreszcie! Gdzie ty byłaś? – spytała.
– Na balkonie.
W momencie, kiedy wypowiedziałam to słowo, z balkonu płynnie wynurzył się Natan. Nadia uśmiechnęła się szeroko.
– Opowiadaj!

Po chwili pojawił się obok nas, przynosząc mi wielką szklankę wody z cytryną, świeże paszteciki i sałatkę. Byłam tak nim zajęta, że zapomniałam jeść. Nic dziwnego, że tak szybko się upiłam! Spojrzał na mnie z troską i wrócił do kuchni. Rosnący uśmiech Nadii, dzięki Bogu, zatrzymały uszy.

– Oho… Będzie się działo pani pocieszna! – oznajmiła.

Zerknęłam na Nataniela, właściwie to nie miałabym nic przeciwko. Impreza toczyła się swoim rytmem, tańce, dyskusje i toasty do bladego świtu, ja jednak byłam już całkowicie skupiona na Paradnym, podobnie, jak on na mnie. Nie odstępowaliśmy się ani na krok. Nasi znajomi szybko zauważyli, co się święci.

Przed czwartą goście zaczęli się wykruszać. Nadia wyszła z Danielem, udzieliwszy mi błogosławieństwa dla ewentualnych porannych harców z Paradnym. Zostałam i pomogłam mu w ogarnięciu mieszkania po imprezie.

– Nie jesteś głodna? Właściwie to pora na wczesne śniadanie. – oznajmił, kiedy zmęczeni sprzątaniem i nieprzespaną nocą zalegliśmy na sofie.
Skinęłam głową.
– Zatem zapraszam panią na paradne wyspy kulinarne.
Usadowiłam się wygodnie na obrotowym stołku i patrzyłam na śniadaniowe poczynania mistrza tej kuchni. Natan okazał się być mistrzem patelni. Pierwszy raz w życiu jadłam takie naleśniki. Cieniutkie jak papier, aromatyczne i chrupiące, z waniliowym twarożkiem i solonym karmelem. Pałaszując dokładkę, postanowiłam na dniach wprosić się do niego na kolację. Kiedy skończyliśmy jeść, zegar na ścianie wskazywał kwadrans po szóstej.

– Zbieram się. – wyszeptałam.
– Możesz zostać… – zasugerował, patrząc mi głęboko w oczy.
– Wiem. Ale mam artykuł do napisania. A jak zostanę, to go nie napiszę. – odpowiedziałam.
– Rozumiem. Odprowadzę cię.

Krok za krokiem aleją Chateauroux, niby przypadkowo ocierały się o siebie nasze dłonie. W świetle dnia byliśmy już mniej odważni, a może po prostu trzeźwość przywróciła nam granice.

– Jesteśmy w połowie drogi. Dalej już sobie poradzę. – oznajmiłam, zatrzymując się w połowie nowego, drewnianego mostku nad Łyną i stanęłam naprzeciw Nataniela.
– Zobaczymy się jeszcze? – spytał.

Kiwnęłam głową.

– Zobaczymy się jutro? Mam dwa bilety na Berlioza do filharmonii. Moja randka się rozchorowała…
– Randka? – spytałam, podnosząc brew.
– Mama, miłośniczka romantycznych symfonii…

O losie! Nie dość, że przystojniak i świetnie gotuje, to jeszcze chodzi z mamą do filharmonii! Mogę go zatrzymać? Chcę go zatrzymać!

– Berlioz brzmi obiecująco. – odpowiedziałam.
– Pocałujesz mnie na pożegnanie? – spytał, a w jego oczach pojawiły się figlarne chochliki.
Uśmiechnęłam się i podeszłam do niego te dwa dzielące nas kroki.

– Tak Paradny.
Przyciągnęłam go do siebie i wpiłam się w jego usta. Miał tak cudownie słodkie wargi. Duże i ciepłe. Smakował gumą balonową, słonym karmelem, a przede wszystkim moim przyszłym mężem Natanielem Paradnym. I całowaliśmy się tak w promieniach wschodzącego słońca, wsłuchani w świergot ptaków, aż starszy pan przejeżdżający na rowerze krzyknął:
– Dzieci, znajdzie sobie jakiś pokój!

Roześmialiśmy się, odstępując od siebie na moment, zawstydzeni niekontrolowaną żarłocznością naszych pocałunków, ale nie mieliśmy jeszcze dość. Ciągle nam było siebie mało.
– Dobranoc Nataniel. – wyszeptałam w końcu, z trudem odrywając się od jego ust.
– Dobranoc Paulina.

Świadoma, że nie przestanie mnie obserwować, dopóki nie straci mnie z oczu, podążyłam w stronę schodków.
– Jestem po ciebie jutro o 18:30! – zawołał.
– Dobrze Paradny!

Skręciłam w prawo w stronę Starego Miasta. Olsztyn o tej porze roku był najpiękniejszy. W porannym chłodzie czuć było rozkwitające lato.

I teraz ten poranny chłód nad Jeziorem Turkusowym zamykał klamrą naszą historię. Natan podszedł do mnie i nakrył moje nagie ramiona szalem, szepcząc:
– Nie przeszkadzajcie sobie, ja tylko opatulę żonę.
Po czym skradł mi całusa i na odchodne zawołał:
– Za 15 minut śniadanie! A potem mój lingam zajmie się twoją joni, żono Paradna!
– No jakbym słyszała mojego Wagnera… – mruknęła Amelia i obydwie się roześmiałyśmy.

Bia Sadowska dla PuellaNova

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Dodaj komentarz