Feminista, czyli kto? Jestem feministą – jestem lanserem?

Gdy mężczyzna mówi „Jestem feministą” wydaje się być podejrzany. Czego on chce – zastanawiają się feministki – może to jego sposób na podryw? Kumple pomyślą, że zwariował, a antyfeministki i wszyscy niezorientowani pomyślą o nim z lekkim, być może, politowaniem, ale i zainteresowaniem. Wszyscy jednak tak naprawdę zastanawiają się „O co temu kolesiowi chodzi?”

Mało kto wpadnie na pomysł, że on jest w swoich zamiarach po prostu szczery. Że podoba mu się idea feminizmu, że rozumie problemy kobiet i chciałby przyczynić się do wyrównania szans. Nawet niektóre feministki patrzą na takich panów podejrzliwie. I chociaż mówi tak coraz więcej uczonych, ludzi ze świata polityki i kultury, wciąż wzbudzają wiele kontrowersji, nawet w środowisku feministycznym.

Anna Zawadzka, w tekście opublikowanym na stronach Feminoteki,  i lewicy.pl uważa, że feminiści chcą się przede wszystkim lansować. Swoją postawą pragną jedynie udowodnić słabym kobietom, kto tu tak  naprawdę rządzi i wygłaszając hasła feministyczne pozostają hipokrytami „Drodzy feminiści, zapłaćcie najpierw alimenty zamiast chwalić alimenciary za budowanie społeczeństwa obywatelskiego. Zadbajcie o antykoncepcję w swoich związkach zamiast grzmieć o prawie do aborcji. Weźcie urlop wychowawczy zamiast wysyłać na niego kolegów z pracy. Odwalcie czarną robotę przy manifach zamiast przemawiać z platformy w aureoli bezinteresownych nonkonformistów. Pomóżcie swoim koleżankom w potrzebie zamiast przechadzać się z nimi Nowym Światem. Wyplakatujcie nocą miasto i zapłaćcie mandat zamiast obnosić się z badzikami: I love feminism.” Radzi feministom pani Zawadzka. Dlaczego nie przyjdzie jej do głowy, że oni to już dawno zrobili? Że wszyscy mężowie, partnerzy, bracia, ojcowie feministek już spłacili swoje długi, kupują tabletki antykoncepcyjne swoim kobietom, wożą je do lekarzy przypominając o ważnych  badaniach, opiekują się dziećmi gdy ich żony pracują i wspierają ich kariery sami pozostając w cieniu? Że oni są, ale, zgodnie z oczekiwaniami Zawadzkiej, chcą dać szansę swoim kobietom, nie robiąc z tego jednocześnie wielkiej sprawy?

Ja wiem, że takich panów jest mało! Za mało by móc cieszyć się z wielkiej, społecznej rewolucji. Ale nie zgadzam się, że wszyscy ci, którzy mówią o sobie „jestem feministą”  robią to jedynie po to by stać się idolem tłumu zapatrzonych w nich kobiet. Może jestem naiwna i nie dostrzegam smutnej prawdy. Ale dlaczego każdego nieszczęśnika nazywającego siebie feministą oskarżać o hipokryzję? Czy w ten sposób same sobie nie kopiemy wielkiego dołu do trumny? Mówi, ze jest feministą –źle. Mówi, ze nie lubi feministek – jeszcze gorzej. Nie ma zdania – pewnie jakiś niedouczony kretyn. No to czego my, feministki, właściwie chcemy?
Pani Zawadzka doszukuje się w każdym zdaniu wygłoszonym przez mężczyznę – feministę podstępu. Czy jest nim zwykły koleś z ulicy, gej, czy też profesor Osiatyński, próbuje doszukać się trzeciego dna, które wcale nie musi istnieć. Obawiam się, że podobny pogląd reprezentują także inne kobiety. I w tym momencie odnajduję smutną prawdę. Wiem już, co sprawia, że tak wielu ludzi uważa feministki za rozwydrzone, głupie, wrzaskliwe baby. To  ta walka przeciwko wszystkim i wszystkiemu. Doszukiwanie się złego podtekstu tam, gdzie go nie ma. Niezadowolenie ze wszystkich, którzy mówią chociażby trochę w innym tonie. A przecież w feminizmie chodzi o równość, tolerancję i szansę dla wszystkich. Czy się mylę?

Nie chodzi mi, bynajmniej, o pianie z zachwytu nad każdym facetem, który nazwie się feministą. Ale dlaczego nie cieszyć się z tych, którzy swoją postawą udowadniają, ze naprawdę są feministami? Czy mamy nie wpuszczać do swojego, feministycznego, grona mężczyzn tylko ze względu na ich płeć?

Ja więc, jako feministka (ale chyba trochę inna niż Anna Zawadzka), powiem inaczej. Może naiwnie, może nazbyt optymistycznie mi zbyt podniośle? Jednak powiem to:

Panowie feminiści! Dzięki, że jesteście. Fajnie, że dostrzegacie problemy kobiet i nie są one dla Was banialukami. Cieszę się, że macie odwagę mówić o sobie „feminiści” i wierzę, że za słowami idą także czyny. Wierzę, że obowiązku domowe nie mają dla Was płci, a pozostanie z chorym dzieckiem w domu jest dla Was koniecznością rodzicielską, a nie macierzyńską. Wierzę, że wspieracie kobiety w swoim otoczeniu, ale macie jednocześnie swoje zdanie i nie dacie się stłamsić przez tych, którzy chcą Was ośmieszyć czy wpędzić w poczucie winy. Mam też szczerą nadzieję, że Wasze grono rośnie w siłę. Mozna się z niektórymi z Was zgadzać bardziej, z innymi mniej. Jednak to, ze mówicie głośno ‚jestem feministą’ to krok do przodu, który warto było zrobić!
Przypominam takze paniom, że to zależy od nas samych, od tego, co będziemy mówić, robić i jak wychowamy swoich synów.

Aleksandra Z-P

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Komentarz dla "Feminista, czyli kto? Jestem feministą – jestem lanserem?"

  1. MadMac pisze:

    Dzięki za powyższy tekst.

    Chciałbym wyjaśnić dlaczego ja siebie nazywam feministą i uważam, że nie jestem odosobniony w takim pojmowaniu sprawy.

    Zacznę od tego, że to nie ja „przyczepiłem” się do feminizmu a on do mnie. Równościowe poglądy były i są dla mnie oczywiste. Partnerstwo w związku uważam za optymalne rozwiązanie w obecnych warunkach i systemie. Zatem skoro feminizm był spójny z moim światopoglądem, to dlaczego miałbym się od niego separować?

    Naprawdę wolałbym żyć w kraju, gdzie feministką czy feministą nazywają się osoby studiujące lub wykładające feminizm na uczelniach, albo bardzo prężnie działające aktywistki i aktywiści, tudzież autorki i autorzy feministycznych publikacji. W takim kraju gdzie poglądy równościowe są społeczną normą i mainstreamowym nurtem myślenia.

    Nie żyję jednak w takim kraju. Żyję w kraju, gdzie dla większości zarówno Polek jak i Polaków, feminizm jest kojarzony raczej z osobliwym typem urody i zaburzeniami osobowości.
    Żyję w kraju, gdzie feminizm jest uważany za fanaberię a problemy, które porusza zamiatane są pod dywan.
    Żyję w kraju, gdzie feministki są deprecjonowane na wstępie z racji określania się feministkami, gdzie są one postrzegane wyłącznie przez karykaturalny stereotyp.

    Wydaje mi się jednak, że feminiści w Polsce jeszcze nie dorobili się stereotypu, co pozwala im na sobie skupić uwagę nieco dłużej. Poza tym, w dyskusji z seksistą feministka zawsze będzie traktowana protekcjonalnie z racji swojej płci, feminista już nie.
    Ponadto, feminiście nikt nie zarzuci, że jest zakompleksioną, zrażoną do mężczyzn kobietą i taka jest geneza jego feminizmu.

    A zatem, w działalności feministycznej na jakimś poważniejszym poziomie, nie ma żadnego znaczenia płeć. Z kolei w działalności na samym dole, tam gdzie funkcjonuje najbardziej krzywdzący stereotyp o feminizmie i jest najmocniej zakorzeniony to feminiści mogą być bardzo przydatni. Przede wszystkim mogą się bardzo przyczynić do odczarowania stereotypu.

    Jak można skutecznie działać, nie mając poparcia? Jak feminizm ma się rozwijać, skoro ludzie mają zakłamany jego obraz? A to własnie feminiści wśród swoich kumpli są w stanie im wyjaśnić jego założenia.

    Tak więc zupełnie szczerze stwierdzę, że ja mam gdzieś łatkę feministy. Nie jest mi ona do niczego potrzebna, podlizywać, czy chcieć się przypodobać kobietom, nie muszę, w poklask z racji łatki nie wierzę.

    Mówię o sobie, że jestem feministą z pożytkiem dla feminizmu, nie dla siebie i warto bym nie tylko ja dostrzegał powyższe zależności.

    Pozdrawiam,
    Maciej

Dodaj komentarz