O poszukiwaniu pracy i feminizmie.

Jestem feministką. Nie jest to deklaracja mile widziana w towarzystwie. Bo jeżeli feministka, to wojująca, a to znaczy, że ma się do czynienia z wąsatą babą w spodniach i niekształtnym swetrze, która nienawidzi mężczyzn, a kobiety posadziłaby na traktory.

Z tym obrazem łączy mnie jedno: często chodzę w spodniach. Nie wojuję, a rozmawiam i o feminizmie tylko z tymi, którzy chcą o tym rozmawiać. Wąsów nie mam, mężczyzn lubię, a kobiety mogą sobie jeździć nawet czołgami, jeżeli to lubią i dobrze się w nich czują. Nie mam w zwyczaju nikogo do niczego zmuszać. Jestem mężatką, mamą 3-letniej Ani i 1-rocznego Kostka, pracownicą, studentką. I jestem feministką.

Mieszkam w Warszawie od paru lat. Obowiązki domowe dzielimy z mężem raczej niesprawiedliwie: to on ostatnio częściej udziela się w domu, bo mnie brakuje czasu. I posprząta, i ugotuje, zajmie się dziećmi. Zatem czego ja chcę? Równouprawnienie mam na co dzień. A jednak jestem feministką.

Chcę zmienić pracę. Studiuję psychologię zaocznie, odbieram rodzinie czas, który mogłabym spędzić z bliskimi, żeby zrealizować swoje pasje. Moje chęci zmiany pracy nie ograniczają się do pobożnych życzeń. Piszę oferty i chodzę na spotkania – na rozmowy kwalifikacyjne. Tak się składa, że mój mąż też szuka innej pracy. Też pisze oferty i też chodzi na rozmowy. Do tego momentu wszystko wygląda tak samo. Różnice pojawiają się wraz z zaproszeniem na spotkanie, a dokładnie wtedy, gdy w trakcie rozmowy kwalifikacyjnej schodzimy na tematy bardziej prywatne: sytuacja rodzinna, dzieci. Kiedy z moim mężem rozmawia pani, to na informację o maluchach reaguje słodkim uśmiechem, roztkliwieniem się, samą słodyczą. Kiedy mąż rozmawia z panem, który też jest ojcem, znajdują wspólny język, są w tej samej grupie – grupie ojców, co zdecydowanie ich zbliża. Ale bez względu na płeć jego rozmówca nie zadaje mu pytania: a jak pan pogodzi obowiązki ojca z obowiązkami w pracy? Kiedy dziecko zachoruje, kto się nim zajmie? Ani takie, ani podobne pytania nie padają. Tak jakby rola ojca ograniczała się do bycia nim formalnie. Natomiast, kiedy ja jestem na rozmowie kwalifikacyjnej, to bez względu na to, czy rozmawiam z kobietą, czy mężczyzną słyszę te same pytania: o kwestię dyspozycyjności w związku z dzieckiem, o opiekę nad nim w czasie jego choroby. Nie ma tkliwych uśmiechów, ani rozczulania się. Bardziej taktowni nie mówią wprost, że jestem pracownikiem gorszego gatunku, choć zdarzyło mi się już i to usłyszeć powiedziane jasno i dobitnie.

Nota bene w bardzo dużej firmie, obiekcie pożądania wielu szukających pracy. Nikogo nie przekonuje fakt, że godzę obowiązki rodzinne z pracą i studiami, że moja średnia na studiach plasuje mnie gdzieś dwa odchylenia standardowe w prawo od środka rozkładu normalnego (dokładam im czasem tą statystyką, skoro szans na pracę nie mam, to niech chociaż mam tę mściwą satysfakcję, że nie wiedzą, o czym mówię).

Buntuję się przeciwko ocenianiu mnie przez pryzmat stereotypów i obiegowych opinii. Chcę, żeby oceniano mnie biorąc pod uwagę moje kwalifikacje i doświadczenie zawodowe. Nie twierdzę, że kiedy moja córeczka, czy synek zachoruje, a akurat nie będzie innej możliwości, to sama nie wezmę zwolnienia. Ale nie życzę sobie, żeby ktoś z góry zakładał, że większość czasu spędzę na tych zwolnieniach, że nie będę dobrym i sumiennym pracownikiem tylko dlatego, że jestem mamą. W końcu jako matka, jestem odpowiedzialna nie tylko za siebie, ale również za moje dzieci, a to oznacza, że na utrzymaniu pracy tym bardziej mi zależy. Rola matki zatem powinna być mi policzona na plus, a nie na minus. Mnie jednak wystarczy traktowanie równe z innymi kandydatami. Czy wymagam zbyt wiele? Po kolejnych rozmowach mam wrażenie, że żądam niemożliwego.

I właśnie dlatego jestem feministką.

Warszawa, 09.02.2007 r.
(Warszawa, 13.03.2005 r.)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Dodaj komentarz