Rak prostaty – To boli

Oddział onkologiczny, dział męski w niewielkim mieście. Zwykły szpital, przeciętni pracownicy, tylko choroba jakby trochę inna od wszystkich więc i samo miejsce wygląda inaczej. Może dlatego, że łóżka zwalniają się tu częściej niż inne? Może dlatego, że odwiedzający wolą przychodzić w przyciemnionych okularach, by chorzy nie widzieli ich zapuchniętych od płaczu łez? Czy też dlatego, że za napisem „onkologia” czai się nieuchronność i widmo śmierci?

 

Jeden pacjent krzyczy, bo tak go boli. Pielęgniarki – jedne bardziej cierpliwe, inne mniej, pomagają jednak chorym, jak mogą. Ktoś przemknie korytarzem, ktoś zawoła nieżyjącego już przyjaciela. Poza tym panuje tu dziwna cisza. Hałas jest tylko w czasie obchodu, no i najgorsze są poniedziałki. Tak mówią.

 

– Najspokojniejsze są weekendy i popołudnia – słyszę od jednej z wizytujących kobiet. Przyszła do męża, który coraz mniej kojarzy. To ten, który woła nieżyjącego kolegę. A ona, jak mówi, jest zupełnie bezradna. Nie potrafi wkręcić żarówki. A przecież nie można być tak uzależnionym od drugiej osoby. Czy można?

 

Ten rak boli. Bardzo boli. Przerzuty na kości są koszmarnie bolesne. Umieranie boli. Nie tylko człowieka, który odchodzi, ale także rodzinę, bliskich, przyjaciół… Na tym oddziale to wiedzą. Dlatego nie wyganiają tych, którzy siedzą od rana do wieczora przy chorych, którzy nie są w stanie otworzyć oczu, z którymi kontakt, w najlepszym razie jest „ograniczony”. Jeśli w ogóle jest.

 

Rak, rak prostaty, umieranie, śmierć

Miejsca zmieniają się szybko…

 

Ci, co wychodzą, nie są zdrowi. Idą umierać dalej. Do własnych domów, do hospicjów. Czasami śmierć udaje się oszukać. Na kilka tygodni, miesięcy, a może i lat. Często jednak wychodzi się by gasnąć powoli w zaciszu własnego mieszkania. Mimo próśb, zaklęć, tysiąca prób szukania „cudownych ziół”, nadziei rak zżera kości, całe ciało, a wraz z nim ginie gdzieś i chęć by walczyć o każdy następny dzień.

 

Gdy widzisz, jak odchodzi najbliższa ci osoba, robisz co możesz, by odepchnąć „ten” moment jak najdalej w przyszłość. Szukasz „magicznego leku”, nowych rozwiązań, ganisz lekarzy, że za mało pomagają. Dlaczego te plastry przeciwbólowe już nie działają? Czemu wciąż boli, mimo kolejnej dawki leku, który ma działać silniej od morfiny? Wściekasz się na chorego, czemu nie zdrowieje? Dlaczego odmawia jedzenia, picia, jakby sam mówił – mam już dość życia, gdy Ty tak bardzo walczysz o każdą chwilę. Byle by był….

 

Wracasz z nim na oddział, może mu pomogą. Przetoczą krew, dadzą kroplówkę. Łapiesz się każdej nadziei. Że się uśmiechnął. Że przeszedł dwa kroki. Że wypił sam trochę swojej ulubionej wody. Cieszysz się, myślisz – będzie jeszcze ze mną. Z nami. Łykasz jak tonący powietrza każdy moment, każdą chwilę, póki JEST.

 

Na oddziale tak świetnie się opiekują chorymi. Wszyscy chwalą personel. O chorych się dba, codzienna toaleta jest tu normalna, nie ma przepełnionych pokoi. Tylko ten krzyk, który czasami przerwie porażająca ciszę popołudnia. Ten rak tak strasznie boli. W domu być może będzie bolało bardziej, ale w swoim łóżku, przed własnym telewizorem chociaż trochę lżej, łatwiej.

 

Kiedyś ta wędrówka szpital-dom, szpital-dom musi się skończyć. Czasami w hospicjum. Inni odchodzą w domu. Świadomi bądź nie. Odpływają, po prostu zamykają oczy, zapadają w sen. Już po wszystkim. Koniec. Nawet nie wiesz, jakie są ostatnie słowa. Zazwyczaj ich po prostu nie ma. Brak patetycznych cytatów na koniec, pożegnań z rodziną. To nie tu, nie tak. Ostatnie słowa nie przychodzą z zamydlonego morfiną mózgu…

Zostaje samotność. Co teraz?

– On już nie cierpi – mówi lekarz.

 

Tak, nie cierpi. Nie cierpi, chyba nie, bo skąd on właściwie to wie?

Ten ból, fizyczny, psychiczny, piekący, ostry i nie do zniesienia przechodzi na rodzinę. Najbliższych. Na Ciebie.  Nie ma już gonitwy o każdy dzień. Jest pustka, którą tak trudno zapełnić czymkolwiek.  Czujesz, jakby wyrwano kawałek Ciebie. Serca, płuca, nie ważne. Nie ma „tego” czegoś fizycznie. Nie, nie chodzi tylko o to, co dzieje się w głowie. Rak zabrał też kawałek Twojego ciała, to właśnie czujesz…

 

Rak. Zabiera bezczelnie, niegodnie, boleśnie. Są tacy, którzy dostają odroczenie. Jeszcze trochę pożyją.  Ale ci, którzy odeszli, pozostawią po sobie smutną pewność nieuchronności nadchodzącego końca…

 

A oddział? Znów zwolniło się jedno miejsce…

Dlatego wczesna profilaktyka, leczenie jest tak istotne w tej okrutnej chorobie. By nie dać położyć się na oddziale, żyć jak najdłużej i nie pozwolić bliskim na cierpienie po swojej stracie. Wystarczy regularne badanie PSA (z krwi) po 40-tym roku życia. Lekarze zalecają wykonywanie go co ok.2 lata, natomiast starszym pacjentom, ok 60-tego roku życia częściej. Ważne są również wizyty u urologa przy jakichkolwiek problemach z prostatą i brak oporu przed rozmową o intymnych problemach. Rak boli. Wczesne wykrycie może ten ból wyeliminować i do niego nie dopuścić. 

 

Medycznie o raku prostaty – LINK

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Dodaj komentarz