Wolałabym, żeby ukradli mi rower. Ale mnie zgwałcono

Znajomemu ukradli rower. Nie był to jakiś wielce cenny pojazd, ot zwyczajny, kilkuletni „góral”. Dla wielu „stary grat”, dla niego jednak był niezwykle ważny gdyż był to to jego główny środek transportu. Poszedł więc na komendę zgłosić kradzież, gdzie spotkał się z dużym zrozumieniem ze strony policjantów.


Złożył zeznania, przyznał, że nie wie kto i o której mógł to zrobić, podał jedynie orientacyjne godziny oraz miejsce, gdzie widział swój bicykl ostatni raz. Kradzieży dokonano w czasie jego 8-godzinnej pracy. Policja, chociaż nie dawała wielkich szans na znalezienie sprzętu, obiecała zrobić, co w jej mocy. Kolegę zapytano m.in. o monitoring, zgodnie z prawdą odpowiedział, że nie ma pojęcia, czy takowy znajduje się na „miejscu zbrodni”. Później okazało się, że akurat tam go nie było. Miał także opisać rower i wyjaśnić, kiedy go ostatni raz widział. Nikt nie miał mu za złe, że podał tak mało informacji. Policjantki były dla niego niezmiernie miłe i obiecały, że może coś się da z „TYM” zrobić. Wszyscy kazali mu być dobrej myśli, radzili by umieścił fotografie sprzętu w Internecie.

 

Gwałt i molestowanie, wciąż za trudny temat dla policji

Mi niczego (przynajmniej materialnego) nie ukradli. Zostałam brutalnie, okrutnie i boleśnie zgwałcona oraz ohydnie, wstrętnie, poniżająco, z podeptaniem mojej godności molestowana. Poszłam na policję w dobrej wierze, że zostanę potraktowana poważnie i godnie. Nic z tych rzeczy. Chociaż znałam o wiele więcej szczegółów niż znajomy z ukradzionym rowerem, bo wiedziałam kto, kiedy i gdzie to zrobił, potraktowano mnie jakbym to ja była podejrzana.

Zadano mi masę trudnych i, podejrzewam, bezsensownych pytań. Na przykład – czy jestem pewna, że stało się to, co się stało? Dlaczego od kolegi nikt nie domagał się odpowiedzi na pytanie, czy jest pewien, że rower był, a teraz go nie ma? Mnie pytano, czy ja na pewno sama tego nie chciałam. Może znajomy również chciał, by jego pojazd został skradziony? Ale takie pytanie byłoby przecież zabawne, prawda? Podejrzliwie traktowano wszystkie moje zeznania. Tak, jakby chciano przyłapać mnie na pomyłce, żeby tylko sprawę odrzucić, mimo podanych przeze mnie faktów. Ale przecież kolega również mógł sobie wymyślić, że miał rower, a naprawdę to go wcale nie miał i przyszedł na policję, żeby mieć o czym opowiadać kumplom? Jednak jemu uwierzono od razu. A przecież nie miał przy sobie np. dokumentu posiadania roweru. Umiał go opisać, lecz w stresie pomylił kolor i zamiast granatowy powiedział – niebieski. Ale przecież nic się nie stało. Każdy ma prawo do przejęzyczenia. Tylko nie zgwałcona kobieta.

Ja musiałam szczegółowo opisać, co działo się przed i po „zdarzeniu”, w co byłam ubrana, a w co oprawca. O molestowaniu na policji nawet nie wspomniałam czując, że zostanę zwyczajnie wyśmiana. Cóż to takiego – pomacał sobie, trochę „żartów”, namolne namawianie na seks itp. Przecież nic się nie stało…

Musiałam jednak powiedzieć czy np.miałam kolczyki, makijaż, jakie buty. Zadawano mi koszmarnie intymne pytania, na które trudno było mi odpowiedzieć. Pytano mnie o to bardzo skwapliwie. Także o to, czy nie sprowokowałam przestępcy, a może mam jakiś perfidny plan?Dziwne, że znajomy nie musiał tego robić. Nie pytano go nawet, dlaczego miał tak słabe zabezpieczenie. Bo może, skoro rower ukradziono, to było za słabe? Nikt mu tego jednak na policji nie zasugerował. Mi natomiast powiedziano, że powinnam była się lepiej bronić. Ponieważ, według logiki przesłuchującej mnie policjantki, skoro się wystarczająco nie broniłam fizycznie, a tylko rozpaczliwie płakałam i prosiłam, by przestał, to może jednak nie do końca był to gwałt? Nie interesował jej nawet fakt, że w pierwszym dogodnym momencie uciekłam, nie zakładając nawet wszystkich części ubrań… Widocznie słowo „NIE” jest niewystarczające. Ani w przypadku gwałtu, ani molestowania, jak się okazało potem.

I mnie, jak i kolegę z ukradzionym rowerem, pytano o monitoring, na co, zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie wiem, czy tam był. Później okazało się, że w niektórych miejscach owszem, znajdował się. Wmawiano mi w sądzie, że specjalnie kłamałam, żeby zatrzeć ślady. Ale skąd miałam to wiedzieć? Oraz to, że po jakimś czasie nagrania są kasowane? Zresztą i tak w miejscu, gdzie byłam gwałcona kamer nie było. Koledze nikt nie miał za złe, że nie wiedział. Jemu nikt tego nie wytykał. A przecież i tam monitoring mógł być.

Rower się odnalazł. Był, jak się okazało w złodziejskiej „dziupli”. Policja była z siebie niezwykle dumna, ktoś nawet dostał za to medal, czy inną nagrodę, nie wiem dokładnie. Kolega opowiadał o całej sytuacji w formie anegdoty. Nikt nie traktował go jak potencjalnego złodzieja. Wszyscy bardzo poważnie podeszli do jego sprawy, a jedyne, co go naprawdę zestresowało, to utrata (jak się później okazało – chwilowa) roweru. Złodziej jest w więzieniu. Ma swoją karę.

Moi oprawcy, chociaż sąd pierwszej instancji uznał ich za winnych, mimo licznych dowodów, złożyli apelacje i sprawa toczyć się będzie kolejny rok, może dłużej, spędzając mi sen z oczu. Nie spędzili nawet dnia za kratami. Ja natomiast będę znów odpowiadała, dlaczego ubrałam się tak, a nie inaczej, po co w ogóle tam byłam (a byłam, jak ów kolega w pracy) i czy na pewno doszło, do czego doszło. Wolałabym, żeby ktoś ukradł mi rower. Nawet, jeśli miałby się nie odnaleźć…

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Komentarz dla "Wolałabym, żeby ukradli mi rower. Ale mnie zgwałcono"

  1. Alexa_0 pisze:

    Właśni najbadziej przerażające w tym jest to że człowiek idzie na policje gdzie oczekuje zrozumienia i pomocy a zderza się ze ścianą, niedowierzaniem i zwalaniem winy na niego. To jest jeden z wielu powodów dla których ciężko jest ufać przekonaniu że ktoś jest nam w stanie pomóc. :(

Dodaj komentarz