Wywiad z Marianną Biskup, lekkoatletką

 Ma swoją stronę w Wikipedii, jest uznaną sportsmenką, odnosi wielkie sukcesy. Wszystko zawdzięcza tylko sobie i ciężkiej pracy. Nie ma sponsorów, managerów, trenerów, to mąż pomaga jej w organizacji wyjazdów. Jest pełną życia, energiczną i niezwykle otwartą kobietą. Rozmowa z Marianną Biskup, polską lekkoatletką, zdobywczynią wielu medali w międzynarodowych zawodach weteranów.

PuellaNova -Trenuje Pani codziennie?
Marianna Biskup: Nie.. Ja tylko z dziećmi ćwiczę…

– No tak, uczy Pani wf w gimnazjum, prawda?
Tak. Mamy tam wspaniałe warunki, więc mogę sobie z uczniami trenować. Po wrześniowych zawodach zabieramy się za ogólnorozwojowe ćwiczenia, ale jak nadchodzi maj, czerwiec, mam już mniej czasu dla siebie, żeby coś porobić. Wtedy bardziej potrzebna jestem w szkole. A tak to gram w siatkówkę, koszykówkę, systematycznie biegam z dziećmi do Bażantarni. Mamy dwie godziny łączone więc przez te dwie godziny 8 kilometrów można sobie pobiegać.. Gdybym przynajmniej 3 razy w tygodniu zaczęła sobie robić treningi na szybkość, siłę technikę.. Jakie by wtedy były rezultaty? – zastanawia się na głos Pani Marianna – Sama nie wiem, czy bym się posypała, czy może miałabym lepsze osiągnięcia.

– Ale chyba trudno o lepsze, ma Pani prawie same złote medale!
No tak, wyniki są – uśmiecha się Pani Marianna

– No więc jak się Pani przygotowuje do zawodów?
No właśnie tak! Śmieje się, że ćwiczę, jak młodziczka. Nic specjalistycznego, tylko wszystkiego po trochu, wiele różnych ćwiczeń. Może to i dobrze, w moim wieku… nie cierpię na jakieś poważne kontuzje, schorzenia. Najważniejsza jest po prostu systematyczność. Każdy mnie pyta na zawodach, jak trenujesz, i jak odpowiadam, to nikt mi nie wierzy! Tylko koledzy z pracy wiedzą, jak to jest naprawdę.

-I nie ma Pani swojego trenera?

Nie… Ja sama jestem trenerem lekkoatletyki, ale wiadomo, zawsze to oko z boku, ktoś by coś podpowiedział. Ale mi się wydaje, że mam taką szybkość przyswajania struktury ruchu, że sama mogę sobie dać radę. Ucząc dzieci sama ćwiczę z nimi i dzięki temu są jakieś wyniki. Wielokrotnie jak powtarzam coś, to po jakimś czasie czuję, czy zrobiłam to dobrze czy źle.

– Co Pani wcześniej trenowała?
Przez 5 lat trenowałam łyżwiarstwo szybkie. W Elblągu sportowcy od tego zaczynają zazwyczaj – łyżwy albo ręczna. Chodziłam też do klasy sportowej o profilu siatkówki. W końcu mnie namówili na lekkoatletykę, po pierwszej klasie liceum. Ale ja to czułam od początku, zawsze mnie w tę stronę ciągnęło. Zresztą łyżwiarstwo nie była moja bajka! Tylko treningi, podobała mi się ich intensywność. Nie miałam osiągnięć na torze. W końcu się zdecydowałam na lekkoatletykę. Ale późno

– Późno?
To jest bardzo późno, tak. Tym bardziej, ze miałam nawyki łyżwiarskie. Inna technika, ułożenie ciała, wszystko inaczej. Musiałam to jakoś nadrobić. Ale się udało.

– Pierwsze sukcesy? Kiedy przyszły?
Czy ja w ogóle mogę mówić o sukcesach? Wygrywałam na halowych mistrzostwach Polski, w makroregionie. Ale nie na otwartych. Jako juniorka robiłam minima halowe na mistrzostwa seniorów, także mogłam sobie wybierać, czy pojadę na mistrzostwa juniorów, czy seniorów. Mogłam biec w jednym biegu z panią Ireną Szewińską… Bywałam na ogólnopolskich Spartakiadach. W sprincie w pierwszej 20 w Polsce się łapałam.

– To liceum. A później?
Podjęłam studia i tam już nie było możliwości trenowania indywidualnego. Musieliśmy zaliczać wszystkie dyscypliny sportu.  Biegałam więc jeszcze gorzej niż w liceum. Trzeba było wybrać albo trenowanie, albo studia. Wybrałam  studia..

– Kierunek?
Nauczycielski. Były dwa kierunki, trenerski i nauczycielski. Marzyłam o tym od dziecka. Nigdy nie chciałam być fryzjerką, piosenkarką, księżniczką. Zawsze tylko sport. Pamiętam pierwsze zajęcia wychowania fizycznego w podstawówce. Byłam przygotowana na rywalizację! A tu tylko skłony, przysiady. Sport się przewijał przez całe moje życie.

– Jak na Pani pasję reaguje mąż?
Organizuje mi wyjazdy, śmiejemy się, że jest moim managerem. Przed wyjazdem dostaję tylko informacje, gdzie noclegi. Czasami nam się udaje wyjechać razem. Wystawiam go na dużą próbę cierpliwości, stresuje się na zawodach, ogląda mnie i kibicuje.

– Więc Pani sama musi wszystko organizować i za to płacić?
Tak! Na te moje hobby, wymysły, musimy sporo okrajać nasz budżet domowy. Ale mąż mówi, że nigdy na wczasy nie wyjeżdżaliśmy, to chociaż  w ten sposób nadrobimy. Mogę pozwolić sobie jednak na wyjazdy tylko w Europie. Nie stać mnie na wyjazd do Australii, czy Kanady czy Stanów Zjednoczonych. Ja skaczę tu i porównuję wyniki, które tam osiągają i cieszę się, że tam też mogłabym mieć medal. Niemcy na przykład, jak zdobędą medal, mają dofinansowanie do podróży. My nie. Ale przynajmniej jest związek weteranów, który społecznie się udziela, rozkręcają to i pomagają nam. Jest dużo ludzi zaangażowanych. Ale mamy tylko 200 członków, jak oni zapłacą składki, to i tak się cieszę, że dadzą radę zorganizować mistrzostwa Polski. Ale takie hobby sobie wymyśliłam i ja postawy roszczeniowej nie mam. To moja inwestycja. Córki mi pomagają, jak mam dużo papierkowej pracy, piszą za mnie, żebym mogła na zawody jechać.

– Są jacyś sponsorzy?
Nie… Mąż pisał listy sponsorskie. Niektóre firmy odpisywały, gratulowały i wyrażały żal, że nie mogą mnie finansować.

– Proszę powiedzieć, kiedy zaczęła Pani wyjeżdżać na mistrzostwa weteranów?
Pierwszy raz był w 1997 roku, w Poznaniu. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy, że jest taka organizacja, jak stowarzyszenie weteranów. Ale ówczesny wicedyrektor Miejskiego Ośrodka Sportowego w Elblągu dał mi możliwość wyjazdu na te zawody. Potem musiałam się na trochę powstrzymać, podupadłam na zdrowiu. Mąż mnie pocieszał, że dopiero po 40-tce życie się zaczyna, a nie zacina. I tak było! I w 2001 roku zaczęłam znów jeździć na zawody. Pamiętam, jak byłam na pierwszych mistrzostwach świata wydawało mi się, że byłam na czwartym miejscu, bo myślałam, że Węgierka skoczyła dalej ode mnie. Ale byłam zadowolona, że czwarta! Myślę sobie – a dobrze jest, jutro skaczę trójskok. Jakoś sobie przetłumaczyłam, że i tak dobrze. Ale mąż wszystko sobie pisał. I okazało się, że ja byłam lepsza! Jednak stanęłam na podium. Bo tu trzeba mieć też trochę szczęścia…

– Pani ulubiona dyscyplina?
Najlepiej się czuję w skoku w dal i zawsze największe nadzieje pokładałam właśnie w tej dziedzinie. Jak jadę na zawody, to legitymuję się najlepszym wynikiem na świecie. Ale na mistrzostwach Polski zdarzało mi się i rzucać i oszczepem, rzucać dyskiem i pchać kulą, tak samo i biegać. Jednak najlepiej wychodziły skoki w dal. Dwa lata temu mąż spytał, czy nie spróbowałabym i wzwyż skoczyć. Jaka byłam zaskoczona, gdy skoczyłam na 1,5! Już było za późno, żeby się zgłosić na zawody, więc patrzyłam, jak skaczą inne dziewczyny. Na kolejne występy już skakałam także wzwyż.

– Jakie są nagrody na zawodach?
Medale, dyplomy. To wszystko. Finaliści, ale nie medaliści, muszą sobie często kupować dyplomy.  Proszę zobaczyć, to są medale. (Pani Marianna pokazuje mi wielki plik medali, wysypuje je ze sporej reklamówki. Najwięcej jest złotych)

– Ale hymn grają?
Bardzo długo czekałam na ten hymn. Ja o tym śniłam! W końcu w Poznaniu, na mistrzostwach Europy, udało się. Tam po raz pierwszy usłyszałam Mazurka Dąbrowskiego. Wcześniej, nawet jak wygrywałam, to organizatorzy nie mieli nagranego hymnu. Ale każdy medal jest fajny…

– Największe Pani rywalki?
Jest dużo. Szwedka, Amerykanka. I Niemka, Kirsten, bardzo fajna dziewczyna, jak się spotykamy to raz ona, raz ja wygrywamy. Ale bardzo się wspieramy na zawodach. W Ankonie to mi Niemka rozmierzała rozbieg do skoku w dal! Musiałam pogodzić dwie konkurencje i ona mi pomogła, przyszłam na gotowe. Do innej Niemki pisałam listy, że w Polsce nie mogę kupić specjalistycznych kolców do skoku wzwyż, to ona mi kupiła, przesłała i jeszcze napisała, że słyszała, iż w Polsce niekorzystny jest kurs Euro i w związku z tym poczekajmy do lata, wtedy się rozliczymy. A ja w tych kolcach potem wygrywałam z jej koleżanką, Niemką. Człowiek się na takich zawodach uczy rywalizacji takiej fajnej, która daje radość, a nie zawziętość. Cieszymy się wzajemnie ze swoich wyników. Atmosfera jest świetna.

– A młodzież, interesuje się Pani dokonaniami?
Nie bardzo. Nie wszyscy wiedzą, nie chwalę się tym. Kiedyś musiałam nawet jedną grupę uświadomić. Skakałam sobie z nimi wzwyż, zaczęłam od 1.35. Któryś, w pewnym momencie mówi „proszę pani, ile pani ma lat”, odpowiadam, że chyba więcej od twojej mamy. A on na to, ale moja mama by w życiu 1.35 nie skoczyła. A ja na to, poczekaj! My dopiero zaczynamy skakać! Powiedziałam mu, że byłam na zawodach, wiem, że potrafię tyle i tyle skoczyć. I tak czasami rozmawiamy… Kiedyś w szkole panowały bardziej przyjacielskie stosunki, można było nawet się pochwalić. A teraz, jak młodzież się nie pyta, to ja nie mówię. Czasami, jak ktoś coś opowie, albo gdzieś wyczytają to popytają. Nie chcę ich męczyć takimi rzeczami, chociaż czasami się odwołuję do doświadczenia, bo wiem, co młody człowiek przeżywa.

– Jak Pani mobilizuje uczniów do ćwiczeń?
Mówię im, że do wyników dochodzą ci, co się nie załamują. Najważniejsza jest cierpliwość. Śmieję się, że najgorsze jest pierwsze 12 lat treningów. Mamy wiele perełek, ale szybko się zniechęcają.  Chyba za dużo dobrodziejstw mają. Kiedyś nie było komputerów, Internetu…

– Ale przed Panią jeszcze ładnych parę lat występów?
No pewnie! Na zawodach są i 90-letnie kobiety. W Lahti to i 100-letnią panią widziałam. Był pan, który miał sto lat i rzucał dyskiem oraz pchał kulą. Panowie, którzy biegają przez płotki, 80-letni, to mają owacje na stojąco. Niektórzy mają takie wyniki, że trzydziestoparolatkowie takich nie mają! Patrzy się na te kobiety startujące w zawodach dla weteranów jak na zawodowców. Wyćwiczone, pewne siebie, umięśnione. Dopiero z bliska widać, że to starsze panie. Kobiety się cieszą, że kończą 50 lat, bo wtedy przechodzą do kategorii wyżej i są najmłodsze. Coś trzeba robić… Trzeba mieć pasję. Jak by mi kiedyś ktoś powiedział, że będę mieć ponad 40 lat i tak daleko skakać… To bym nie uwierzyła!

Dziękuję za rozmowę i życzę kolejnych sukcesów!

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Dodaj komentarz