Zaklejamy usta… Dzieciom czy nauczycielkom i nauczycielom? Po skandalu w Szczodre

Niedawna sprawa nauczycielki, która zaklejała taśmą buzie małym dzieciom za to, że odzywały się nie tak, jak sobie tego życzyła, czy w nieodpowiedni, według niej sposób, wywołała lawinę oskarżeń. Niestety, nie tylko wobec tej jednej konkretnej, wyraźnie nieprzygotowanej do zawodu lub mającej problemy emocjonalne kobiety, ale kadry nauczycielskiej (z naciskiem na kobiety) jako takiej.

Tymczasem to nauczycielki i nauczyciele mają problem, stawia się bowiem wobec nich coraz większe wymagania, rzuca często bezpodstawne oskarżenia i zrzuca odpowiedzialność za całe zło, jakie dzieje się dzieciom i młodzieży. Od złych ocen począwszy, na narkotykach skończywszy.
„Nienawidzę tego zawodu, chociaż na początku myślałam, że będzie wspaniale. Byłam pełna optymizmu, a okazało się, że to horror. Na pewno nie mam zamiaru zostać w szkole dłużej niż do końca roku szkolnego. Pyta pani dlaczego? Uczniowie patrzą na mnie jak na wroga nr 1, rodzice wypisują maile z groźbami, że jeśli jeszcze raz postawię złą ocenę ich dziecku, złożą na mnie skargę do dyrektora. To jest koszmar, nie praca!” – mówi nauczycielka nie tych najmłodszych, ale licealistów. 

 

CISZA! fot.sxc.hu

CISZA! fot.sxc.hu

Piętrzy się tu cała masa różnych innych, trudnych kwestii, których nie dostrzegamy, dostrzec nie chcemy lub nawet jeśli – bezwolnie opuszczamy ręce. Zawód nauczyciela/nauczycielki jest w naszym kraju traktowany z coraz mniejszym szacunkiem, a wręcz odwrotnie – rośnie pogarda, wraz z nią coraz większe wymagania, a w zamian nauczycielka czy nauczyciel nie otrzymuje niczego. Piętrzą się wymagania, kary, nagany, a gdzie nagrody, które są przecież naturalną motywacją nie tylko dla dzieci ? Płaca za tę niezwykle trudną i ciężką pracę jest nieadekwatna do wymogów i tego, co tenże pracownik/pracownica winna sobą reprezentować. Do szkół trafiają nieprzygotowane, nieodpowiednie osoby, które łapią się czegokolwiek, byleby mieć ten przysłowiowy grosz. Dyrekcja chętniej zatrudnia mniej doświadczonych, a nawet słabszych pracowników – są tańsi. Dodatkowo, wciąż funkcjonuje presja społeczna, która niejako przymusza kobiety do wykonywania tego zawodu – o zbyt niskim prestiżu i marnej wypłacie dla mężczyzny. Młode dziewczyny wybierają studia pedagogiczne bo przecież “kobieta sobie z dziećmi zawsze poradzi” i „znajdzie sobie męża, który ją utrzyma”. Mężczyzn na tych kierunkach o wiele mniej. Nawet, jeśli byliby świetnymi nauczycielami klas 1-3,  młodym chłopakom zwyczajnie wstyd jest iść na “babskie” i bez przyszłości (tzn. bez szansy na zarabianie pieniędzy) studia. Bywa, że studia pedagogiczne robi się dodatkowo „na zapas”, absolutnie bez powołania i przekonania. Takie osoby, zupełnie nienadające się do pracy z dziećmi mogą tylko je skrzywdzić. Podobnie jest zresztą  z nauczycielami przedmiotów w klasach wyższych. Ktoś marzył o karierze naukowej, ale wylądował jako sfrustrowany nauczyciel historii czy biologii. Ktoś inny pragnął wyjechać i robić karierę za granicą, ale sytuacja zmusiła jego, czy ją do pozostania w Polsce i podjęcia pracy nauczyciela czy nauczycielki. Takich sytuacji można by mnożyć i mnożyć…

Jednopłciowość, czy też duża przewaga jednej płci nad drugą w tym zawodzie, szczególnie jeśli chodzi o dzieci w wieku przedszkolnym i wczesnoszkolnym może być przyczyną niezdrowych konfliktów wśród kadry. To przekłada się na atmosferę w klasie – nauczycielki bywają rozdrażnione i mniej lub bardziej świadomie (nie bronię ich absolutnie) wyżywają się na niewinnych dzieciach. Złe warunki (m.in właśnie bardzo niska płaca czy zła atmosfera wśród kadry) sprawiają, iż nauczyciele ogółem nie przykładają się do pracy, mają zazwyczaj dodatkowe zajęcia ( korepetycje na przykład) do których przygotowują się znacznie pilniej, a etat trzeba “odbębnić”. Brak odpowiednich kwalifikacji wynikający z m.in złego wyboru studiów, coraz gorszego poziomu nauczania na uczelniach (brak studentów więc student nasz pan i nawet najgorszy otrzyma dyplom) to kolejne problemy. Jest ich cała masa.

Kończy się to potem na przykład głośnym teraz zaklejaniem dzieciom buzi… Oczywiście, ta konkretna nauczycielka (więcej np. w wiadomościach TVN24 ), od której rozpoczęła się dyskusja o warunkach w polskiej szkole, powinna ponieść bardzo surową karę i absolutnie zmienić zawód na taki, gdzie w ogóle nie będzie mieć kontaktu z ludźmi. Czy to „małymi”, czy też „dużymi”. 

Jednak wydaje mi się, że rzucanie oskarżeń na wszystkich, dokładanie kolejnych obostrzeń, wymyślanie, jak użyć najnowszych technologii do inwigilacji nauczycieli może odwrócić się tylko przeciwko nam i naszym dzieciom. Kto będzie chciał być nauczycielem w takich warunkach? Za tak marne, nie ukrywajmy pieniądze? Co damy nauczycielom w zamian? Jeśli z góry damy im do zrozumienia, że im nie ufamy, nie mamy wiary w ich rzetelność, czym oni mogą się odwdzięczyć, kto wytrzyma taką presję?

Najłatwiej, oczywiście, zrobić wszystkim osobom, które pracują z dziećmi i młodzieżą „inkwizycję”, przestraszyć i sfrustrować jeszcze bardziej. Obawiam się jednak, że efekt będzie odwrotny od oczekiwanego i dobrzy nauczyciele uciekną ze szkół, zostaną ci twardzi, którym wszystko jedno, co powiedzą inni. Szkół i tak nie stać na kamery więc póki co, jak wyżej cytowana przeze mnie nauczycielka, wrażliwsi, wciąż krytykowani i obwiniani o wszystko, będą odchodzić, a ci, co „zaklejają usta taśmą” zostaną, bo oni i tak są w szkole tylko po to, by jakoś przetrwać i im jest wszystko jedno.

Może więc lepiej zainwestować siły i pieniądze w coś zupełnie innego, jak szkolenia, porządne, na szeroką skalę, dostępne dla wszystkich? Ale nie takie 1-2 dniowe, ale o wiele dłuższe, prawdziwe. Także takie, w których mogliby uczestniczyć zarówno nauczyciele, jak i rodzice. Zorganizować infolinie, poradnie, nie muszą być przecież czynne 24 godziny na dobę! Ważny jest też dobór nauczycieli i do szkół powinni być wpuszczani tylko ci, którzy się do tej pracy naprawdę nadają. Trudne do zrealizowania? Nawet bardzo. Ale możliwe. Trzeba tylko starań, chęci z wielu stron. Nie tylko rządu, nauczycieli i rodziców oraz ich nastawieniu i nauczeniu dzieci szacunku do szkoły. Ten szacunek bowiem niknie – dosłownie – z miesiąca na miesiąc. Oczywiście, jestem realistką. Na to potrzebne są pieniądze. Ale czy jest coś ważniejsze, poza zdrowiem, niż edukacja? To przecież w rękach nauczycieli leży los najmłodszych, ci z kolei będą decydować o losach naszego kraju… Jeśli tak łatwo znalazły się pieniądze dla górników, czemu miałby być problem z organizacją np. odpowiednich szkoleń dla nauczycieli i rodziców, wyższych pensji (dodatków) nie za staż, ale przede wszystkim za realne wyniki – to znaczy dobrą współpracę z dziećmi i ich postępy w nauce?

Po co teraz wprowadzać atmosferę strachu, agresji i z góry atakować tych, którzy winni wcale nie są? Nie lepiej rozwiązać problemy, rozmawiać, dyskutować, angażować środki w edukację, testy psychologiczne dla osób, które mają pełnić zawód nauczyciela i patrzeć na dyplom także pod kątem gdzie został on wydany – bo wiadomo, iż szkoła szkole nie równa. Może te kiepskie placówki warto zlikwidować by dać szansę wzmocnić się dobrym?

Tu chodzi o dzieci, delikatne istoty, tu trzeba postępować rozsądnie, delikatnie, a nie iść na barykady i wsadzać do więzień, zastraszać i frustrować tych, którzy spędzają z nimi pół ich aktualnego życia. Dlatego trzeba postępować rozsądnie, rozważać wiele pomysłów, wspierać tak nauczycieli jak i ich podopiecznych, jak i ich rodziców czy opiekunów, nikogo nie atakować, ale szukać konsensusu, który będzie początkiem do nowej ery, która otworzy usta i uszy wszystkim, ale po to, by rozmawiać, uczyć się i wynieść ze szkoły nie tylko wiedzę, ale i jak najpiękniejsze wspomnienia.

 

 (Pisząc ten felieton, pozwoliłam sobie przywoływać również fragmenty mojej wypowiedzi, z opinii jaką zamieściłam w serwisie „Polityki”.)

Podziel się na:
  • Facebook
  • Wykop
  • Blip
  • Gadu-Gadu Live
  • Dodaj do ulubionych
  • Drukuj
  • email
  • PDF
  • Twitter
  • Śledzik
  • Google Bookmarks
  • Blogger.com
  • Grono.net

Dodaj komentarz